Spokojnie, to tylko awaria

Pewnego dnia budzisz się, ogarniasz higienę (albo i nie), robisz kawę, włączasz komputer i… HELP! Coś jest nie tak. Coś się stało. Nie możesz otworzyć swojego profilu na fejsbuku.

Czy to armagedon? Paruzja? Uderzenie asteroidy?

Kto nam to zrobił? Putin? Kim? Trump? Dżihad?

Więc dzwonisz na numer alarmowy i na policję, ratunku, na pomoc, SOS.

Drżącym głosem pytasz, czy to już koniec świata, czy może jeszcze coś zostało, jakaś aplikacja; może chociaż Uber, żeby zacząć ewakuację.

Zabawne? Nie. Nie ma się z czego śmiać!

Paniczna reakcja obywateli Australii na kilkunastogodzinną awarię Facebooka nie jest aż tak absurdalna, jak mogłoby się wydawać. Przerażeni użytkownicy masowo przeciążali linie alarmowe, gdy okazało się, że nie mogą opublikować posta na fejsbuku oraz instagramie. Skąd ten zbiorowy atak lękowy w stosunkowo spokojnym i bezpiecznym społeczeństwie?

Może zacznijmy od tego, czy gdziekolwiek na świecie można czuć się zupełnie bezpiecznie. Czy można wieść beztroski żywot z nadzieją, że ktoś-gdzieś-jakoś tym wszystkim kieruje, zarządza i na dodatek wie, co robi? Rozważny, przezorny, myślący lider? Mam podstawy obawiać się, że jeśli już by się ktoś taki objawił, to najpewniej zostałby ukrzyżowany, ledwie zdążywszy naszkicować swój program polityczny.

Ludzkość nie ma szczęścia do liderów, zwłaszcza w warunkach pokoju. W najlepszym razie przywódcy się mylą w ocenach, w najgorszym są pospolitymi oprychami z dostępem do broni masowego rażenia. A między tymi skrajnościami cała galeria okropności: paranoików, megalomanów, samozwańczych bożków, miniaturowych dyktatorków, kieszonkowych mędrców z własnego nadania bądź też mających-dobre-intencje oszołomów, którym się w dzieciństwie zawiesił system operacyjny, więc nie są w stanie przewidzieć skutków własnych decyzji.

I my wszyscy jesteśmy mniej czy bardziej tego świadomi, więc mamy dobre i mocne powody, żeby się bać.

Boimy się, ponieważ wiemy, że jesteśmy tylko marionetkami, miliardami kukiełek płacących mniejsze i większe, jawne lub ukryte haracze za przywilej pozostawania przy życiu.

A wracając do napięcia lękowego Australijczyków: czy pamiętacie powieść Nevila Shute’a „Ostatni brzeg”? Bardzo sugestywny opis zagłady nuklearnej świata. Ostatnim brzegiem była właśnie Australia. Jeśli w Australii coś się psuje, to może znaczyć, że reszta świata już przestała istnieć. Chociaż nie musi.

I takie oto banalne wydarzenie, jak awaria mediów społecznościowych, uświadamia nam, jak mało jest rzeczy trwałych, do których można się przywiązać na dłużej.

Ach, jak to ponuro zabrzmiało. A to tylko awaria z powodu (podobno) wadliwych ustawień serwera.

Tymczasem my tu, w Europie, naprawdę mamy poważną awarię, chociaż trudno postawić diagnozę, co się nam właściwie zepsuło/zawiesiło/przepaliło w zbiorowym umyśle. Objawy tej awarii są jednak na tyle spektakularne, że nie da się ich przeoczyć i zignorować, czas zatem powiedzieć wprost: Mamy dziesiątki poważnych problemów, poczynając od zmian klimatycznych i zatrucia środowiska, po budzące się z groźnym pomrukiem ruchy faszyzujące. Ale wszyscy wlepiamy gały w tę groteskową brytyjską baletnicę, która nam od blisko trzech lat bez wdzięku kręci przed nosem kretyńskie piruety, kracząc wniebogłosy „brrrexit, brrreexit, brrreeexit”. Jak panna kapryśna a niemądra. I nie ma rady, trzeba to jakoś znosić.

Demokracja europejska jest cierpliwa i pełna współczucia. Ale też awaryjna, niestety.

ANNA MARIA NOWAKOWSKA

Zdziwój Nowy, 19 marca 2019 r.

Reklamy